RYBA

Ryba się dzisiaj zbuntowała,
Dość mokra, wody, skrzeli miała.
– Woda to dla mnie jest za mało,
Woda to wstrętne, mokre ciało,
Czyż w wodzie będę tkwić bez końca?
Powietrza pragnę, nieba, słońca! –

I dała susa w bezmiar blasku,
Wylądowała hen na piasku,
Szczęściem przechodził chłopiec młody,
Rzucił z powrotem ją do wody.
Wyznała rybkom koleżankom:
– Uczułam, że skoczyłam w manko,
W jakiś potworny, straszny brak,
Gdzie spacerować może rak,
Ale chyba
Przenigdy żadna, żadna ryba. –

*    *    *

Ja protestuję, ryba może
Skoczyć w to drugie, inne morze,
W którym królujesz halny wietrze,
W błękitny świat jak kwiat, w powietrze!

Jak dym się rodzi w dziadzia fajce,
Tak to się może zdarzyć w bajce,
I będzie mi powiedzieć miło,
Że to się właśnie mnie zdarzyło…

Szedłem, jak zresztą chodzę co dnia,
Krokiem półgapia, półprzechodnia,
Pogapywałem się dokoła,
Zganiając smutne myśli z czoła.

Pogwizdywałem, podskakiwałem,
Czasami nawet i zaśpiewałem,
Szedłem nad tonią jeziorową,
Wtem plusk… I ryba, daję słowo,
Srebrna przecięła wód zwierciadła
I prosto mi pod stopy padła.

I przyklęknąłem, i zawołałem:
– Oto się słowo stało ciałem,
Nie jesteś rybą, wiem na pewno,
Tyś śliczną panną i królewną,
Powiedz, co robić mam dla ciebie,
Byś zamiast w wodzie, była w niebie! –

Szepnęła ryba: – Wola boska,
Ty, miły, poskrob mnie i oskrob,
A gdy położysz na półmisku,
Znajdziesz list srebrny w moim pysku,
Nie daj przeczytać go nikomu,
Drzwi pozamykaj wszystkie w domu
I zapal lampy, co do jednej,
I czytaj romans rybki biednej… –

Jak mi kazała, tak i zrobiłem,
Zawsze posłuszny paniom byłem,
Bo od królewien do kum kumek,
Mają charakter i rozumek.
I poskrobałem
I oskrobałem,
Rodzynków dałem garstkę całą,
Migdałów też nie brakowało,
Popiłem winem, jak nie popić,
W winie trza rybkę zgasłą topić,
Bo każda rybka, gdy już zginie,
Za honor ma popływać w winie.

Wcinał mój synek, jadła żonka,
Brzuszek swój głaszcząc ucieszona,
Bo żonie mojej, ach, smakuje
Rzecz jasna to, co nie kosztuje.

Zaglądam w pyszczek, nie skłamała
Rybka, bo w pysku liścik miała,
Liścik w kopercie, pieczęć z laku,
Pieczętowana szczypcami raków,
Koperta srebrna, ani słowa,
Pół srebrna, pół seledynowa.

Zapalam lampy, zamykam drzwi,
By nie przeszkadzał żywy duch mi.
Kruszę pieczęcie, kopertę łamię,
Aby dogodzić rybie czy damie,
Oko zapuszczam w listu głąb,
I nie rozumiem ani w ząb…

Rzuć ten list w głębinę
A panną do Ciebie wypłynę

Mija dzień pierwszy, drugi, trzeci,
Ja sobie głowę łamię, dzieci,
W rozterce ducha i rozpaczy,
By zgadnąć, co to wszystko znaczy.

Myślałem w dzień, myślałem w nocy,
Znikąd ratunku ni pomocy,
Na końcu myśl jak promień słońca:
Aby odczytać to od końca:

– Rzuć ten list w głębinę,
A panną do Ciebie wypłynę! –

Rzuciłem jak rzecz nakazana –
No i tańczyłem z nią do rana,
Nie na dansingu gdzieś w Bristolu,
Ale pod gruszą w szczerym polu.

W cętki zieloną miała sukienkę,
Wkrótce oddała mi swoją rękę,
Warszawa ma z niej herb:
S y r e n k ę . . .