WSPOMNIENIA


Wspomnienia z boiska i "więzienia"

Tak żartobliwie odgrażaliśmy się obiecując sobie wzajemnie napisanie tak zatytułowanej książki o życiu w internacie po zakończeniu nauki w technikum LZN. Czas najskuteczniej leczy rany, więc nie mam dziś potrzeby rozpamiętywania niezasłużenie wlepianych nam dyżurów, polegających głównie na myciu kibli, podłóg i lamperii. Dziś już nawet nie pamiętam (chociaż są tacy, którzy do końca życia ich nie zapomną) nazwisk owych "kapo" usiłujących upokorzyć nas za wszelki przejaw indywidualizmu. W moim przypadku większość kar ponosiłem za nieprzejednaną chęć trenowania w sekcji piłkarskiej Klubu Sportowego "Lotnik".

Nie piszę o tym, aby żalić się poniewczasie, ale uświadomiłem sobie, że uprawiany w czasie nauki sport dał mi siłę przezwyciężania wszelkich barier, jakie przyszło mi później w życiu pokonywać. Ostatecznie zahartował mnie psychicznie i fizycznie na długie lata. Witek Knychalski, obecnie Prezes Rady Nadzorczej TVP SA, przyznaje, że sport dawał mu poczucie wolności, wyzwalającej go z okowów żelaznej dyscypliny, panującej w Internacie. Miłość do piłki nożnej wymagała ofiar, ale ja byłem gotowy zapłacić każdą cenę za możliwość prawdziwej gry na boisku ligowym. Wierzyłem, że będę kiedyś grał w drużynie, do której bez trudu dostało się już kilku moich rówieśników z Internatu.

Zaryzykowałem nawet wydalenie z niego, chcąc na własne oczy ujrzeć w akcji Włodzimierza Lubańskiego podczas meczu ze Śląskiem Wrocław na Stadionie Olimpijskim. Później na takim obiekcie miałem zaszczyt uczestniczyć w Olimpiadzie LZN. Pamiętam swój bieg na 400 metrów w sztafecie. Wiedziałem, że nie jestem w tej dyscyplinie orłem. Kapitan naszej drużyny także zdawał sobie z tego sprawę, ale nie znalazł do składu innego kandydata. Liczył się punkt za ukończenie biegu, więc uświadomił mi, że za wszelką cenę muszę ten morderczy dla mnie dystans ukończyć. Na odgłos startera ruszyłem z miejsca wraz z innymi zawodnikami, zostając wkrótce coraz bardziej z tyłu. Piłkarze nie należą do długodystansowców, więc nie porywałem się na sprint, a starałem się rozłożyć równomiernie siły. Dobiegłem, a raczej doczłapałem do mety "na ostatnich nogach", upadając po tym na murawę. Mój wynik nie był imponujący, a nawet żałośnie słaby... ponad minutę. Liczył się jednak zdobyty punkt. Wciąż jeszcze brzmią po latach słowa Wojtka Kabarowskiego, który spokojnie i rzeczowo wbijał mi do głowy konieczność ukończenia biegu za wszelką cenę. Argumentacja Kapitana naszej drużyny klasowej była prosta - każdy punkt liczy się w ostatecznym rozrachunku, więc póki jest okazja, trzeba je ciułać, bez porywania się na najwyższe miejsca na podium, ani ryzykowania kontuzji, eliminującej nas z gry. W najtrudniejszych sytuacjach przypominam sobie teraz tę sytuację, gdy dobiegając na ostatnim miejscu zdobyłem jeden z ważnych punktów, decydujących o zwycięstwie naszej klasy w Olimpiadzie LZN.

Do dzisiejszego dnia z dumą przechowuję złoty medal finalisty zwycięskiego dla nas meczu piłkarskiego rozgrywanego na nieistniejącym już teraz stadionie "Lotnika". Niebawem, za sprawą profesora Andrzeja Lange, pasje sportowe ustąpiły równie silnej fascynacji sztuką filmową. Pozostałem jednak wiernym kibicem piłkarskim, unikam jednak rozwydrzonego tłumu pseudofanów Legii czy Widzewa. Dzisiaj śledzę sport z bezpiecznego oddalenia, wspominając atmosferę, jaka panowała na stadionach w okresie nauki w Lotniczych Zakładach Naukowych. Rozpamiętuję te czasy objeżdżając okolice Warszawy na swoim bicyklu tu i tam, po stołecznych "ścieżkach rowerowych".

Oprócz rekreacji, dzisiaj już właściwie nie uprawiam sportu, co widać na załączonym obrazku, ale doskonale pamiętam, że opisane wyżej zdarzenie uświadomiło mi ogromną wagę indywidualnego wkładu jednostki w sukces wspólnie pracującego zespołu. Przydało mi się to zarówno w indywidualnej pracy twórczej, jak też w realizacjach programów na planach filmowych z udziałem dziesiątek i setek zatrudnionych tam osób.

To dobrze, bardzo dobrze, że podczas nauki miałem tak silny kontakt ze sportem, który jest świetną szkołą życia, a przede wszystkim charakteru.

Zbigniew Wacław Kowalewski
absolwent z 1973 roku
(kalamata@free.polbox.pl)